Marseille nie był zwykłym psem – był moim dzieckiem. Tracąc go, ja, jako matka, straciłam to, co najcenniejsze – moje serce. Marseille różnił się od innych psów: nie przepadał za obcymi, ale tych, którym ufał, uwielbiał ponad wszystko. Nie znał nas z imienia, mojego męża i mnie; nazywał nas „mamą” i „tatą”. A tata był dla niego ulubieńcem, tym, którego słuchał. To mama chroniła go przed tatą, gdy stawał się zbyt surowy. Miał swój charakter, był bardzo uparty; jeśli czegoś chciał, nic nie mogło go powstrzymać. Mieliśmy mały ogródek i co roku sadziliśmy ogórki tylko dla niego, bo je uwielbiał. Uwielbiał też maliny, które zjadał prosto z krzaka, ostrożnie zrywając je zębami. Uwielbiał też chodzić na zakupy i na kawę; dokładnie pamiętał, gdzie byliśmy wcześniej i zawsze mnie tam ciągnął. Kiedy był mały, zawsze spał z nami – albo na głowie mojego męża, albo na mnie. Ale kiedy dorósł, przeniósł się na koniec łóżka, a ja tęskniłam za czasami, gdy był tak blisko i można go było przytulić. Ale dzieci dorastają, tak jak ludzkie dzieci, i nie dają się przytulać w ten sam sposób – i psy są takie same: to dzieci z łapami. Miał zaledwie trzy lata i w każde urodziny życzyłam mu, żeby został z nami jak najdłużej. Odszedł po zaledwie czterech dniach, zostawiając ból, który zostanie z nami na całe życie. I wciąż szukam odpowiedzi: dlaczego on? Dlaczego moje dziecko, które było zdrowe, kochane, które miało wszystko, dlaczego zostało zabrane? A jednak zostawił nam niesamowite wspomnienia. Pozostawił ogromny ślad w naszym życiu. Nauczył nas bezwarunkowej miłości, takiej, jaką rodzice darzą swoje dzieci. Dziękuję, że nauczyłeś nas być rodzicami. Teraz, dla twojego młodszego brata, będziemy najlepszymi rodzicami, bo mieliśmy takiego nauczyciela. Nie ma dnia, żebyśmy o tobie nie myśleli. Kochamy cię tak bardzo, Marseille.


