Moja mama znalazła Sofę w małym miasteczku w marcu 2008 roku – a raczej Sofa ją znalazła. Mama wynosiła śmieci, gdy zobaczyła brudnego, chudego, głodnego małego kotka o nieokreślonym umaszczeniu. Kiedy wróciła do domu, kot już siedział na jej progu. Kiedy poznałam ją po raz pierwszy w sierpniu 2008 roku, przeobraziła się w piękność – persa, jak się okazało, z futrem jak u szynszyli i ogromną miłością do spania. Imię przyszło nam do głowy bez trudu. Była prawdziwą Sofą! Postanowiliśmy ją wziąć, ponieważ ugryzł ją kleszcz i omal nie zdechła. A poza tym, ta biała sierść i długie futro to nie życie dla kota z ulicy – każdy chwast był nasz! Z Sofą nigdy nie było żadnych problemów. Nie zwisała z firanek, nie zjadała kwiatów, nie syczała na gości, nie drapała mebli ani nie wyrządzała żadnych szkód. Jak mawiała moja mama (która zawsze ma w domu pięć kotów i dwa kocurki – wszystkie z tego samego miejskiego wysypiska): „Koty po prostu takie nie są”. Podróże samochodem? Żaden problem, żadnego miauczenia. Wizyty u weterynarza? W porządku. Siedziała cicho w otwartej torbie, nie próbowała uciekać, nie oddawała krwi, nie robiła USG ani prześwietleń bez narzekania. Weterynarze nazywali ją „idealną”. Nigdy się jej nie wstydziłam – naprawdę była idealna. Zawsze niespieszna, spokojna, piękna, milcząca, nawet spała w eleganckich pozach, jakby pozowała. Miała, bez przesady, ludzki umysł. Była człowiekiem w ciele kota. Zawsze jej mówiłam, że w poprzednim życiu musiała być królową. A teraz jej już nie ma. Niebo nie upadło, ziemia nie zboczyła z orbity, ale mój świat się zmienił. Już nie jest taki sam. Dzięki Spogadowi czuję się, jakby moja Sofa wróciła do domu; jakby znów byliśmy razem. Ponad wszystko kochała spać. I teraz zasnęła na zawsze w moim złamanym sercu. Jak powiedziała kiedyś jedna z moich koleżanek, która również straciła kota: „Teraz nie boję się śmierci. Wiem, że mój kot będzie przy mnie”.


